Szkoła Animatora – Mogilno 2016

W tych ciężkich chwilach, zaledwie na kilka dni przed wielkimi zmaganiami zwanymi maturą, do klasztoru Ojców Kapucynów w Mogilnie zawitała grupa młodzieży. Przewodniczyli im dwaj mędrcy odziani w brązowe szaty. Sędziwe mury klasztoru czegoś takiego jeszcze nie widziały.

,,Pogromcy mitów” schronili się w tym niesamowitym miejscu w ramach Szkoły Animatora. To nie było ich pierwsze spotkanie. W grudniu odwiedzili Serpelice, a dwa miesiące później także Zakroczym, pochylając się kolejno nad tematem relacji z Bogiem, a następnie relacji z sobą samym.

Tym razem młodzi przyglądali się swoim relacjom z drugim człowiekiem, relacjom często trudnym, tego, co można by określić jako – Kosa z Bratem. Podobno na konferencjach przewijały się takie tematy jak przebaczenie, spojrzenie na bliźniego w sposób pełen zrozumienia, wspólnota i trwanie z Bogiem w codzienności. Któryś z mędrców miał również rzec, że wspólnota okazuje się środowiskiem, w którym dokonuje się zbawienie. Tak było. Co więcej te słowa stawały się rzeczywistością, kiedy uczestnicząc w Eucharystii w podziemiach kościoła czuli się jak pierwsi chrześcijanie, kiedy w surowości kamiennych ścian słyszeli ponowne zaproszenie Chrystusa, byśmy się nim żywili. Ale wspólnota stawała się takim środowiskiem również podczas śpiewu ,,Pokornej Służebnicy”, czy wspólnej zabawie.

Sobotniego popołudnia ,,pogromcy” odwiedzili również Lednicę, gdzie odnowili przyrzeczenia chrzcielne oraz ponownie przyjęli Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. To było miejsce, gdzie mogli zostawić siebie jako człowieka pełnego śmierci i złożyć go w ręce Chrystusa – otrzymać nowe życie. Było to zaproszenie do zaufania Bogu, który w niedzielę mówił o sobie, jako o dobrym pasterzu. Cała miłość okazana w rozmowach, modlitwie, byciu była czymś. co zmieniało klasztor w jeszcze piękniejsze miejsce, nasycone nie tylko doświadczeniem historii naszego kraju, ale i naszej. Tak, bo ja tam z nimi byłem miód i wino piłem

Otaczając modlitwą całą wspólnotę, wszystkich tam obecnych i tych, których nie mogło tam być z rożnych powodów, powróciliśmy, by przenieść ten ogień, który trudno utrzymać w pojedynkę, gdy tak mocno wieje wiatr.

[print_gllr id=2591 display=short]

Kochaj i rób, co chcesz!

love2

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.

Czerwono mi. Szczególnie dziś. Dookoła już od tygodni zatrzęsienie różnorodnych serduszek, całusków i misiaczków. Wszystko pięknie, słodko, miłośnie. A wszystko po to by powiedzieć “kocham Cię” ukochanej osobie. Są tacy, co walentynek nienawidzą. To trochę paradoks nienawidzieć święta miłości, ale już św. Franciszek mówił, że: MIŁOŚĆ nie jest kochana. No właśnie, święto miłości, czy święto zakochanych? Bo chyba nie muszę wyjaśniać, że jednak jest trochę różnicy.

Pierwsza moja myśl, którą chce się podzielić jest taka, że warto. Naprawdę warto swoje uczucia wyrażać. Wszystkie uczucia. Każdą emocję. Nie chodzi o wysyłanie różnych emotikon, a teraz nawet naklejek w wiadomościach. Ale o stanięcie w prawdzie i nazwanie tego, co czuję. Nie poprzestawaj na smutku. Drąż temat. Szukaj. Pomyśl skąd się wziął. Może da się mu zaradzić? Jeśli jest w Tobie radość to też poszukaj skąd ją czerpiesz. Kto tę radość Ci daje i dziękuj za nią i za jej źródło.

O miłości można gadać i gadać. I wiele już zostało powiedziane. Playlista piosenek o miłości z pewnością nie zamknęłaby się przed 1000.  Ale nie to jest jej sednem. Miłość nie polega na mówieniu o niej. Miłość to bezinteresowny dar z siebie. Miłość to działanie. Miłość to trwanie. Miłość to nie jest stan ducha, stan umysłu. Miłość to decyzja. Przy pisaniu tego tekstu ciągle krążą mi po głowie wersy z piosenki Sistars: Nie napiszę o miłości kolejnej piosenki, miłość sama we mnie śpiewać ma. No i o to właśnie chodzi. Nie da się mówić o miłości jeśli się jej nie przeżywa. A jeśli się jej doświadcza, to ona mówi sama za siebie. Czasem myślę, że nie jestem zdolna do miłości, że nie potrafię kochać. I tak zamykam się w sobie, na innych. Awaria pompy, pisał o tym br. Szymon.

A teraz z drugiej strony. Jeśli myślisz, że nikt Cię nie kocha, to wiedz, że bardzo się mylisz. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. I to jest Dobra Nowina dla Ciebie na dziś. I na zawsze. To jest to, co Bóg chce aby człowiek przyjął do serca. Choćbyś był/a jedynym człowiekiem na ziemi, Chrystus i tak by za Ciebie umarł. Zobacz człowieku jak wiele znaczysz!

Kochaj i rób, co chcesz, ale przede wszystkim kochaj!

drs.


 

On nas umiłował

loveee1

Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.  I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

W istocie miałam zająć się tylko ostatnim zdaniem, ale myślę, że warto zwrócić uwagę na wcześniejsze słowa. Owa prośba Chrystusa, za Kościół, jest niesamowita. Jest to żarliwa modlitwa Zbawiciela skierowana do Ojca. Można odczytać z niej świadectwo Miłości jaką dał nam, Kościołowi, Bóg. Przyznaję szczerze, nie jestem w stanie całkowicie zrozumieć istoty tego fragmentu. Ale może tak ma być? W końcu Jego miłość jest niepojęta.

Bóg dał nam Chrystusa, który nieustannie się za nami wstawia. Począwszy od narodzin, po krzyż i zmartwychwstanie, skończywszy na wieczności. Jest zawsze. Dał nam Miłość. Dał nam Kościół, gdzie tą Miłością możemy dzielić się z innymi. Będąc w temacie Kościoła, chcę nadmienić, że Jezus wielokrotnie wskazuje na jedność. On w Bogu, Bóg w Nim, my w Nich, On w nas. Czy to nie wydaje się dziwne? Czy nie jest tak, że gdy długo się nad tym zastanawiacie, to zaczynacie wątpić? Przecież On jest tak daleko, jakim cudem może objawiać się w moim życiu?

Na tym właśnie polega wiara. Z największych upadków i zwątpień, rodzi się największa miłość. Wierzę w to, że Bóg zesłał na świat Jezusa Chrystusa, który stworzył Kościół, nauczał bliźnich jak miłować, cierpiał i zmarł na krzyżu za moje grzechy. Bóg dał nam Chrystusa, abyśmy mogli wierzyć, naśladować Go i żyć wiecznie. Być we wspólnocie na wzór jedności Ojca z Synem.

Wspominałam, że nie rozumiem tej prawdy. Tak chyba zostanie dopóki będę żyła. Aż w końcu w niebie ujrzę Jego oblicze. Teraz pozostaje mi wierzyć, że On ma imię, istnieje.

nch.


 

Jestem zwycięzcą!

nadz

A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.

Beznadziejny dzień. Beznadziejna pogoda. Moje życie jest beznadziejne. JA JESTEM BEZNADZIEJNA/Y.

Zdarza się, że tak myślisz? Że wracasz do domu i nie robisz nic? A może nawet z niego nie wychodzisz, bo nie ma sensu? Nie dziwię się, też tak czasem mam.

Nadzieja to oczekiwanie spełnienia czegoś pożądanego i ufność, że to się spełni. Można w takim razie przyjąć, że beznadzieja to brak pragnień i oczekiwań, że coś dobrego może się wydarzyć. Podobno, kiedy człowiek niczego się nie spodziewa, niczego nie oczekuje to na pewno się nie rozczaruje. I to prawda. Być może wtedy człowiek jest bardziej otwarty na to, co przyniesie los. Ale czy brak pragnień i oczekiwań to nie to samo, co brak życia? Kiedy mam pragnienia, mam cel. Mam do czego zmierzać, do czego dążyć. Mam co robić. Chce coś robić.

Więc jeśli czujesz, że Twoje życie jest beznadziejne. Wyznacz cel. Na początek nawet malutki. Nie musisz to być od razu zdobycie Oscara, ale może warto zacząć od kółka teatralnego w szkole. Co Ci szkodzi, człowieku?

No tak, ale samo osiąganie i gromadzenie celów na wiele się nie zda, bo można tak gonić w nieskończoność, a przegapić to, co najważniejsze. Chodzi o to by mieć cel, ale nie skupiać się na nim za wszelką cenę. Bo to, że czegoś nie osiągnę nie musi znaczyć, że przegrałam. Na pierwszym roku studiów podczas pierwszej sesji moim głównym celem było zdać wszystkie egzaminy (najlepiej na 5). Kiedy okazało się, że jednego nie zaliczyłam – mój świat runął. Oczywiście zaczęłam sobie wyrzucać, że jestem beznadziejna, że jestem głupia, bo nie zdałam tak prostego egzaminu. Nie osiągnęłam swojego celu. Ale wiem, że dzięki temu zobaczyłam, że nie zawsze muszę być na 5+. Że to nie nagromadzone osiągnięcia świadczą o tym jakim jestem człowiekiem. A dodatkowo jeszcze przekonałam się, że poprawka wcale nie jest taka straszna.

W dosłownym przekładzie rozważany fragment brzmi: A nadzieja nie rozczarowuje, bo miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany.

Myślę, że to zdanie mówi samo za siebie. Duch już został nam dany – przy chrzcie. Masz Go w sercu. Ja też Go mam, ba miłość Boża jest w moim sercu rozlana! Ale często swoimi oczekiwaniami i pragnieniami przecieram tę Bożą miłość, przysłaniam ją. Chodzi więc o to by w pewien sposób oczyścić swoje serce, by poznać je z Bożej perspektywy. Taka nadzieja nie rozczarowuje, nie zawodzi. Nadzieja, która jest złożona w Nim, w Jego dłoniach, w Jego miłości. Taka nadzieja przynosi pokój. Kojarzy mi się to z takim moim połamanym sercem, z dziurami, z łatami, z ranami, które jest oblane Bożą miłością – tak jak truskawka czekoladą. Zanurzone w Tej miłości. I ta czekolada po pewnym czasie twardnieje a do truskawki już nie tak łatwo się dobrać. Tak samo Boża miłość, która jest taką zbroją, skorupą dzięki, której moje serce nie jest już wystawione na otwarty atak. Dzięki, której mogę żyć, stawiać sobie cele, mieć pragnienia. Bo wiem, że kiedy ofiaruję je Bogu, jestem zwycięzcą już na starcie.

Jest w tej piosence fragment (bardzo wolne tłumaczenie): Zabierz mnie w podróż  od mojej głowy do mojego serca, żeby odpuścić i zgubić się w Tobie. Nie muszę się wstydzić, gdy wychodzę na głupka. Oddając Ci to, czego nie potrafię utrzymać – chwytam się Ciebie.

drs.


 

Nadzieja ma sens

nadz

Bo nadzieja bezbożnego jak plewa wiatrem miotana i jak lekka piana rozbita przez burzę. Jak dym się rozwiała od wiatru, zatarła się jak pamięć chwilowego gościa. A sprawiedliwi żyją na wieki; zapłata ich w Panu i staranie o nich u Najwyższego.

Czym jest nadzieja bez oparcia? Nie chodzi mi przecież o żadną gwarancję, czy pewność, bo to nie wymaga już nadziei. Chodzi mi o taką nadzieję która prowadzi nas do jakiegoś celu, do jakichś zamierzeń, które stawiamy sobie na początku drogi, a nadzieja podtrzymuje w nas echo pierwotnych założeń i daje siłę.

W kontekście tego spójrzmy na dzisiejszy fragment. W pierwszym z wersetów Księga Mądrości mówi o człowieku bezbożnym, poganinie. Najprościej ujmując, o tym, jak nic nie warta jest jego nadzieja – miotana, rozbita, rozwiana, zatarta. Ile trudu więc napotyka człowiek wobec takich przeciwności, by kolejny raz, i kolejny, generować w sobie jakąś nadzieję. Nadzieję na coś. W drugim wersecie nie ma jednak o niej już ani słowa. Jest już tylko spokojne, lecz zdecydowane stwierdzenie, że sprawiedliwy ma życie wieczne, i nagrodę u Pana. Co stało się więc w tym przypadku z nadzieją? Można odnieść mylne wrażenie, że skoro mam Wiarę w Boga, i w dodatku żyje sprawiedliwie, to nie potrzebuje już nadziei bo przecież to wszystko już mi się należy, jest oczywistością. Jednak przecież nikt z nas sam sobie nie zasłużył na życie wieczne ani jakąkolwiek inną nagrodę od Pana.

Nie chodzi o to, by tylko żyć sprawiedliwie, i nie o to by tylko żyć nadzieją, którą sami sobie budujemy, i w sobie pokładamy.

Bo przecież koniec końców rozliczeni zostaniemy z Miłości, wobec Niego i ludzi, więc i nadzieje zamiast na sobie, skupmy na Bogu i jego miłosierdziu, bo to jedyne sensowne narzędzie w rękach sprawiedliwych.

Pokój +

mbr.